Bartek Woźniak
Włóczykij Trip Extreme – relacja z rajdu Nie często miewam okazję pisać relację z rajdu oczami zwycięzcy więc postanowiłem skorzystać z tej rzadkiej sposobności i podzielić się wrażeniami. Nie pamiętam już gdzie znalazłem informację o rajdzie ale jako, że ten weekend miałem akurat „wolny” (tzn. zajętą sobotę do 16 i od 11 w niedzielę czyli cała noc do zagospodarowania), postanowiłem że wystartuję. Zaproponowałem start przyjacielowi - Krzysiowi, który rzadko odmawia w takich sytuacjach choć orienteeringiem specjalnie się nie zajmuje …ale na nocny wypadzik do lasu zawsze znajdzie czas. Krzysztof jest istotą zadziwiającą – cyborgiem zdolnym zrobić rzeczy zupełnie nieosiągalne dla zwykłych śmiertelników. Pomimo, że od kilku tygodni realizuję plan treningowy przygotowujący do maratonu, forma Krzysztofa i tak okazuje się być o niebo lepsza od mojej.. jak on to robi? Chyba wcina na śniadanie gumi-jagody albo jakieś specjały z Mak-planety… nie mam pojęcia…
No ale wracajmy do zaczętej historii! Zgłosiłem nas jako jeden team. Swoim zwyczajem zadałem kilka upierdliwych pytań organizatorom (ze zdumieniem dowiadując się np. że nie trzeba uiszczać żadnego wpisowego co jest absolutnym ewenementem jeśli chodzi o rajdy!) a potem z niecierpliwością oczekiwałem na nadejście dnia startu.Prawdę mówiąc od początku nastawialiśmy się raczej na walkę o pierwsze miejsce i jak najlepszy czas niż przetrwanie. Mamy już na koncie kilka występów w rajdach ekstremalnych więc wiedzieliśmy czego należy się spodziewać. Z lektury regulaminu imprezy oczekiwaliśmy wręcz czegoś bardziej „hardkorowego” – osobiście byłem prawie pewny, że okrutni organizatorzy wyślą biednych uczestników na podmokłe tereny pomiędzy odnogami rzeki Odry… czyli obszar zwany Międzyodrzem.
Wreszcie przyszła sobota! Wiedziałem, że od rana będę trochę zajęty i nie będzie czasu na przygotowania po południu dlatego wszystko co potrzebne spakowałem jeszcze w piątek wieczorem (jak się okaże przed startem to wcale nie tak wszystko). Umówiliśmy się z kolegą na wyjazd ze Szczecina o 17:15 ...niestety trochę się zasiedziałem na ognisku w Lasku Arkońskim (w Szczecinie) i już na samym początku mieliśmy 20 minut opóźnienia. Szybki obiadek w domu, łapię za przygotowany wcześniej plecak i już mnie nie ma! Krzysztof czeka na dole, wsiadamy do samochodu i odjazd. ..dopiero po 10 minutach, kiedy już byliśmy pod Kołbaskowem zacząłem się zastanawiać czy na pewno wszystko mam: spodnie, bluzka, buty, buff… chyba wszystko mam? – A zapasowe baterie do latarki? – pytam sam siebie w myślach. – Hmm… Latarki? No, właściwie to nie.. Kurde.. – W tej chwili dreszcz przeszywa mnie od góry do dołu. – A czy ja w ogóle wziąłem, chyba najbardziej oczywisty przedmiot jaki może być potrzebny na nocnym rajdzie – latarkę? NIE! Nie wziąłem! - I wtedy wypalam na głos: - Krzysztof, ja nie mam swojej czołówki! Zapomniałem czołówki, wyobrażasz to sobie? Kicha! Porażka! No ale już prawie szósta. Nie zdążymy wrócić. Trudno, trzeba będzie się jakoś jedną podzielić!
Chcąc nie chcąc, jedziemy dalej. Jestem na siebie wściekły bo na własne życzenie właściwie wyeliminowałem nas z zawodów – jedna latarka w nocy na dwóch to tak jakby startował widomy ze ślepcem.. A może ja przesadzam? Może tak też się da? .. trzeba będzie kiedyś eksperymentalnie spróbować

Pocieszam się jeszcze, że może pożyczymy od kogoś latarkę albo w Gryfinie się kupi jakąś jednorazówkę …i za 20 minut docieramy do bazy.
Tam już oczywiście jak w ulu: kupa ludzi, zamieszanie. Znajdujemy się na liście startowej: 19:24 – to daje jeszcze trochę czasu na kombinowanie. Umawiamy się z sędzią, że na odprawę idzie sam Krzysztof a ja wracam do domu! Raz, dwa i już jestem z powrotem z moją cudowną latarką Petzl’a …jest 20 po siódmej – późno ale skoro już mam latarkę to będzie dobrze. Kilka minut straconych na starcie nadrobi się szybszym napieraniem. Teraz to już nie ma czasu na grymasy tylko ubieramy się i pędem po mapę.Moje zdziwienie jest spore kiedy okazuje się, że trasa wiedzie na wschód – w stronę Wełtynia a nie na rozlewisko Odry.
- Super, to już druga dobra wiadomość dzisiejszego wieczora …zaraz po tej, że mam latarkę!
Krzysztof maluje wariant na mapie, ja kończę się ubierać. Jeszcze tylko bety do samochodu i ruszamy w drogę! Wybieramy opcję „od góry” – tak po prostu. Właściwie to chyba nie ma większego znaczenia od której strony będziemy szli a wyjazd z Gryfina od północy pokonałem samochodem dwukrotnie w ciągu ostatniej godziny więc nie powinniśmy się zgubić
Zaczynamy biegiem, łykając dwie ekipy jeszcze przed wejściem do lasu. Potem mijamy jeszcze kogoś przed samym punktem. W lesie trzeba trochę zwolnić żeby nie przegapić PK – doświadczenie podpowiada mi, że na pierwszych punktach trzeba bardziej uważać bo „głowa jeszcze nie do końca zdążyła przestawić się na tryb szukania”.
Do PK13 dochodzimy szybko i bezboleśnie. Krzysiu mówi, że na odprawie powiedzieli, że organizator nie rozstawił punktów mylnych ani żadnych tego typu pułapek więc obowiązuje taktyka „wbijamy co jest”! A lampion jest! …i już napieramy dalej.
Następnie do „kabelków” i w lewo. Trochę niewygodnie, że mamy tylko jedną mapę – normalnie, startując w zespołach każdy zawodnik ma swoją a tu jedna na dwóch? Ale jakoś damy radę – najważniejsze żeby nie zgubić! Przedzieramy się przez krzaczory pod „kabelkami” i dochodzimy do jeziorka. „Zniszczony pomost” głosi opis PK – czyli trzeba będzie trochę się namęczyć. Chwilę przed nami w krzaczorach buszuje jakaś wesoła drużyna. Przechodzimy nieświadomie obok punktu i po 5minutach zawracamy żeby się na nowo namierzyć. Jest!
Dalej znowu lekkim biegiem. Trzeba się wydostać z lasu a potem iść skrajem na północ. Po wyjściu z gęstwiny i sprawdzeniu „stanu wilgotności” pola decydujemy się na wariant azymutowy – 1500m biegiem przez pole. Kierunek wyznacza wściekle czerwone światło masztu, noc bardzo ładna, nie pada – warunki po prostu super. W oddali po lewej widzimy światełka latarek – to zdaje się wesoła ekipa zdecydowała się iść drogą…
Dobiegamy do drogi. Od punktu dzieli nas już tylko 250m – trzeba zwolnić i dokładnie wymierzyć… coś się jednak nie udaje. Przechodzimy obok rozwalonego domku i 100m dalej po wyjściu na otwartą przestrzeń gdzie oczywistym staję się, że to za daleko, decydujemy się zawrócić. Krótki rekonesans wokół domku i punkt się znalazł. Krzysztof podbija kartę a ja już obmyślam co dalej.
- Skoro do PK dało się napierać polem to dalej też nie musimy się specjalnie oglądać na drogi. - Decydujemy się iść znowu przez pole w kierunku Wełtynia. Tutaj następuje do dzisiaj nie wyjaśnione zjawisko „wywalenia nas” za bardzo na wschód. Ale razem dochodzimy do wniosku, że na dobrą sprawę to nie ma znaczenia czy idziemy po jednym czy po drugim polu – byle na południe. Na wysokości „kabelków” „wskakujemy” na drogę i dalej biegiem do Wełtynia. Za nami, w oddali znajoma ekipa czesze już teren wokół ula. Przed nami ciemno. Czyżbyśmy już prześcignęli pierwszych na trasie?
Wbiegamy do Wełtynia - pusto, głucho, ciemno… idziemy prosto przed siebie rozglądając się coraz uważniej za miejscem postoju. Mijamy kościół, jest budynek z jakąś czerwoną tabliczką – to pewnie tu! Okazuje się, że jak do tej pory jesteśmy pierwsi. To wesoło choć nie ma się co zbytnio zachwycać bo jak starty są nierównoczesne to jeszcze nic nie oznacza…
Siadamy przy stoliku, herbatka te sprawy ale ja czuję się jakoś dziwnie – zrobiliśmy na oko 11km – toż to się nawet nie idzie zmęczyć a tu już odpoczynek! Może trzeba było iść od drugiej strony?! Wyciągamy mapę, malujemy dalsza trasę – dobrze, że w takich spokojnych warunkach bo udaje się zauważyć zupełnie do tej pory niedostrzeżoną rzekę po drodze „na dół”! Z oględzin mapy wynika iż najtrudniejszym punktem będzie PK17 – w lesie, nad jeziorem… jak go zaliczymy to będę już spokojny. W międzyczasie na punkt docierają jeszcze trzy ekipy, następuje wymiana klasycznych uprzejmości. Jeszcze parę minut i będziemy mogli iść dalej.
- Nie ma się co guzdrać bo ja bym chciał wrócić do domu przed drugą i się jeszcze wyspać! – mówię do kolegi ale wiem, że to właściwie nic nie da… znamy się aż za dobrze, tutaj nic przyspieszyć się nie uda. Dużo łatwiej namówię go na podbieganie niż rezygnację z kolejnej herbatki.
Nareszcie wychodzimy w dalszą drogę. Z Wełtynia początkowo idziemy dokładnie tą sama ulicą co przyszliśmy, następnie przez mostek i w pola. Z każda minutą teren staje się coraz bardziej dziki. Odliczamy odległość do skrzyżowania dróg i teraz już ostrożniej zbliżamy się do PK14. Wszystko idzie gładko… aż do momentu gdzie droga staje się tak zarośnięta że dalej nie sposób nią przejść. Omijamy chaszcze i wychodzimy na podmokłe pole, dalej sprawy komplikują się jeszcze bardziej bo ścieżka którą tutaj dotarliśmy znika kompletnie a do dalszego marszu pozostają dwie alternatywy – ‘szuwary’ (czy cokolwiek to było – w każdym razie paskudne i rosnące w wodzie) albo błotniste pole. Po kilku minutach kompas pokazuje, że jesteśmy zbyt daleko i należy się wrócić. No to wracamy. Rozsądek nakazuje szukać jakiejś drogi lub ścieżki – w końcu ktoś tam ten lampion musiał zanieść a latać raczej nie potrafił! - a kompas uparcie wyznacza kierunek marszu wprost przez te paskudne szuwary. Mija kolejne 10 minut. Trochę się wahamy co zrobić dalej.
- No to co? Idziemy w tą wodę? Trochę głupio przez kolejne 20km w mokrych butach ale chyba nie ma wyjścia jak chcemy zgarnąć ten PK... – zastanawiamy się. Ostatecznie, lekko zdopingowani pojawieniem się w oddali świateł latarek kolejnych zawodników, decydujemy się napierać przez wodę. Okazuje się, że nie jest tak strasznie – wyglądało gorzej niż myśleliśmy ale i tak obaj po kilku krokach mamy już mokre buty… Sprawdzam opis PK – „śmietnik ze zwłokami”.
- Brrrr – myślę sobie - W takiej scenerii to mocno działa na wyobraźnię. Bieżmy ten punkt i spadamy stąd.
Śmietnik znajduje się momentalnie i możemy wracać. Droga powrotna przez nasze szuwary okazuje się gorsza niż poprzednio i z zupełnie mokrymi nogami idziemy dalej.
- Przebiegniemy się to może wyschną?!
Dalsza droga mija błyskawicznie. Biegniemy do wioski a następnie w prawo. PK 15 jest w bardzo oczywistym miejscu więc można trochę się wyluzować, zjeść, pogadać
Tradycyjnie Krzysztof podbija kartę a ja sprawdzam dalszą drogę. Pełno zwalonych drzew nie pomoże nam przebić się na pole ale wizja obchodzenia tego pobojowiska przez wioskę jest zupełnie niedorzeczna. Raz, dwa, 300m przez pole na południe i już jesteśmy na ślicznej asfaltowej drodze. Teraz jest czas żeby trochę podbiec. Droga znowu mija bardzo szybko. Z naprzeciwka dostrzegamy jakieś światełka
- O patrz! Ktoś ciśnie z naprzeciwka! – mówi do mnie Krzysztof.
- No co ty?! to raczej światło domu w Mielenku, już jesteśmy blisko.
…to on miał rację – z naprzeciwka napiera jakaś trójka w czołówkach. Klasyczne „cześć, cześć” i idziemy dalej. Za wioską znowu podbiegamy bo północ się zbliża a nam się przecież do domu śpieszy! Mały błąd na dojściu do PK16 – za szybko odliczam odległość i tracimy ze 3 minuty na szukanie lampionu na złym skrzyżowaniu. Naprawiamy błąd i punkt znajduje się bez problemu.
-Teraz będzie najtrudniej – myślę sobie i aż mnie ciarki po plecach przechodzą na samą myśl o wszystkich leśnych punktach jakich nie mogłem znaleźć po ciemku… - trochę tego było.
Wchodzimy do lasu i od tej pory nawigacja w pełnym skupieniu. Skrzyżowanie, zakręt, 300m odliczone, zakręt, dalej do przecinki… etc. Mijamy kolejne drogi leśne – idzie po prostu rewelacyjnie. Brakuje tylko ostatniej przecinki. Dochodzimy do naszego ostatniego skrętu.
- Dobra, to powinno być dokładnie tutaj. Skro w opisie jest „statek” to szukamy na brzegu – zapada decyzja i rozdzielamy się żeby szybciej sprawę załatwić. Po chwili znajduje się jakaś łódka.
- Kolego, jest! Wbijaj go i wracamy. Uff, teraz to już będzie z górki!
Po drodze do PK100 chyba w wyniku rozluźnienia, wywala nas za bardzo na lewo i nadkładamy jakieś 200m. Dalsza droga do Bartkowa to już relaks: batonik, rozmowa, sesemeska się wysłało:) Ale bez przesady – ostatni punkt tez trzeba znaleźć!
Liczymy odległość dla pewności i trafiamy dokładnie w odpowiednie drzewo.
Dalej to już prosta droga do Gryfina. Co prawda nie wzięliśmy planu miasta ale obydwaj mniej więcej orientujemy się w rozkładzie ulic więc nie powinno być problemu – trzeba dojść do torów o dalej to już się trafi!
Ostatni etap biegiem aż do samej bazy – jest tego chyba ze 4 km. Myślę sobie:
- Trochę męczące po przejściu takiego dystansu ale Krzysztof ciągnie jak lokomotywa to głupio tak nie dać rady… Muszę z nim pogadać o tych gumi-jagodach bo faktycznie kondychę to on ma niezwykłą!
Mijamy tabliczkę Gryfino. Przebiegamy przez tory – mijamy po drodze jakąś ekipę.
- A co oni tu robią, chyba nie są przed nami? Może zrezygnowali wcześniej i wracają? Nie ważne – napieramy dalej. Przez park i dalej w kierunku bazy.
- Uupps… - co jest grane? – Wbiegliśmy w uliczkę równoległą do torów. Przed nami płot i dalej przejść się nie da… No to trzeba skoczyć przez płot.
- Oby nie było jakiegoś pieska po tamtej stronie! – na szczęście przeskakiwaliśmy z wewnątrz na zewnątrz więc obyło się bez dalszych niespodzianek.
Ostatnia prosta, wbiegamy na ulicę Szczecińską. Patrzę na zegarek: za 30sekund będzie 6 godzin napierania – fajnie byłoby zdążyć zanim rozpocznie się kolejna godzina… (potem okaże się, że na półmetku zbyt późno zatrzymałem stoper i mieliśmy 4 minuty zapasu)
Dopadamy do bazy: łup, łup, łup pięścią w drzwi. Ktoś otwiera – Czas! Uff, no i już po krzyku!
Bardzo lubię to uczucie na mecie, kiedy uda się ukończyć trasę – to chyba właśnie dla niego decyduję się na to wszystko. Po to żeby na mecie usiąść, zamknąć oczy i pomyśleć sobie – OK, udało się, teraz można odpocząć!
W bazie byliśmy pierwszym teamem, który przyszedł z kompletem punktów a więc można było liczyć na wygraną choć nic nie było jeszcze przesądzone… zdaje się, że po naszym starcie zawodnicy wychodzili jeszcze przez godzinę! A do tego należy jeszcze uwzględnić stop-czas… bo może ktoś zabawi długo ‘na ognisku’ a trasę pokona szybko… Z taką świadomością spakowaliśmy rzeczy, umówiliśmy się z sędziami na sesemesa z wynikami nad ranem i pojechaliśmy do domu.
6:27 „Gratulacje, wygraliście. zapraszamy na 17:45” – taki sesemes wyrwał mnie ze snu w niedzielny poranek. Polecam na dobry humor! Fantastyczny nastrój murowany!
Tak więc bardzo weseli pojechaliśmy po południu po odbiór nagród. Przy okazji załapaliśmy się na prezentację o Kazimierzu Nowaku – książkę o nim już mam, jeszcze nie przeczytałem ale już jestem wielkim fanem!
Po prezentacji kolejno wyczytywano uczestników od miejsc 10 do 1. Kiedy przyszła nasza kolej, na scenę zaproszono „dwóch Harpaganów, którzy z najlepszym czasem przeszli trasę…”. Nie przypuszczam, że Przemek Lewandowski, który wypowiedział te słowa, dokonał przed ceremonią jakiegoś „riserczu” na nasz temat więc to chyba przypadek ale… nieskromnie powiem, że wraz z Krzysiem tytuł Harpagana zdobyliśmy w październiku 2007…
Gratulacje dla wszystkich uczestników bez względu na to ile PK zdołali odnaleźć i w jakim czasie. Myślę że sam udział w takim rajdzie jest już osiągnięciem.
Dzięki dla organizatorów, że w ogóle zaproponowali taki rajd. Pomimo, że to pierwsza edycja uważam, że spisali się bardzo dobrze bo najbardziej liczy się atmosfera imprezy (a Włóczykij stworzył niezwykły klimat) i jestem pewny, że dostarczyli wszystkim uczestnikom wiele miłych wrażeń.
Bartek Woźniak
Argonauta Międzyodrza